Góry Irkunu

Moderator: Artur Kardacz

Awatar użytkownika
Artur Kardacz Stempel
Posty: 159
Rejestracja: 01 sie 2023, 11:53
Kontakt:

Góry Irkunu

Post autor: Artur Kardacz »

Kontynuacja


Noc w osadzie ciążyła nad nimi jak mokra, ciężka płachta.
Wnętrze chaty było duszne. Powietrze przesycone zapachem dymu, potu i wilgotnego drewna zdawało się przyklejać do płuc. Franklin siedział oparty o ścianę, z rękami skrępowanymi grubym rzemieniem. Sznury wbijały się w nadgarstki przy każdym, nawet najdrobniejszym ruchu. Po raz pierwszy od wielu dni jego myśli nie biegły ku mapom ani trasom marszu. Nie analizował już przejść przez góry ani możliwości obejścia bagien. Wszystko to nagle straciło znaczenie. Z zewnątrz dochodziły odgłosy uczty - ciężkie kroki, trzask rozbijanych naczyń, gardłowe śmiechy. Co jakiś czas ktoś krzyczał coś niezrozumiałego, a reszta odpowiadała gromkim rykiem. W tle pobrzmiewał rytmiczny stuk - jakby ktoś uderzał kością o drewno.
- To nasz koniec… - wyszeptał Hose.
Jego głos był ledwie słyszalny, jakby bał się, że same ściany mogą go zdradzić. Stary nawigator siedział skulony, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Drżał - czy to z zimna, czy ze strachu, trudno było powiedzieć. Fitjames stał przy jedynym niewielkim oknie, przez które wpadał cienki pas bladoniebieskiego światła księżyca. Próbował wyglądać na zewnątrz, choć widział niewiele - fragment palisady i przemykające cienie.
- Nie - odpowiedział w końcu cicho, ale stanowczo. - Dopóki żyjemy, mamy opcje.
Franklin podniósł głowę. Przez moment milczał, jakby ważył każde słowo. Jego twarz była nieruchoma, ale oczy… oczy zdradzały wszystko. Nie było w nich już gniewu ani frustracji. Było coś zimniejszego. Bardziej niebezpiecznego.
- Oni nie wiedzą, kim jesteśmy - powiedział powoli. -I to jest nasza jedyna przewaga.
Fitjames odwrócił się w jego stronę.
- Chcesz dalej grać w tę grę?
- To nie gra - odparł Franklin. - To jedyna rzecz, która nas jeszcze trzyma przy życiu.
Na zewnątrz rozległ się nagły huk - ktoś przewrócił coś ciężkiego. Zaraz potem wybuchł śmiech, jeszcze głośniejszy niż wcześniej.
Franklin kontynuował ciszej:
- Dla nich jesteśmy obcy. Może kupcy. Może szpiedzy. Może coś więcej. Dopóki nie są pewni… nie zabiją nas od razu.
- A potem? - zapytał Hose, podnosząc głowę.
Franklin spojrzał na niego chłodno.
- Potem znajdziemy sposób, żeby nie dać im tej pewności.
Zapadła cisza. Fitjames zmrużył oczy.
- Blef.
- Strategia - poprawił Franklin.
- Z ludźmi, którzy właśnie wybili połowę naszej załogi?
Franklin lekko się uśmiechnął. Ten uśmiech był krótki i pozbawiony ciepła.
- Każdy człowiek czegoś chce, kapitanie. Nawet taki, który chodzi w wilczej skórze i żre surowe mięso.
- A jeśli chcą tylko naszej krwi?
- Wtedy - Franklin przechylił głowę - damy im powód, żeby chcieli czegoś więcej.
Artur Kardacz von Hohenburg
Pierwszy Lord Admiralicji LMiK
Awatar użytkownika
Artur Kardacz Stempel
Posty: 159
Rejestracja: 01 sie 2023, 11:53
Kontakt:

Re: Góry Irkunu

Post autor: Artur Kardacz »

Świt wdarł się przez szpary w ścianie ospałymi smugami szarości. Franklin nie spał, nie zdarzało mu się to zresztą za często. Siedział w tej samej pozycji, plecami oparty o wilgotne drewno, i słuchał. Uczta ucichła gdzieś w środku nocy. Zastąpiły ją chrapanie, warkot psów i od czasu do czasu ciężkie kroki wartownika krążącego wzdłuż palisady. Fitjames drzemał przy ścianie z głową zwieszoną na pierś. Hose zasnął skulony w rogu i przez sen wydawał cichy, urywany świst - jakby powietrze z trudem przeciskało się przez jego płuca. Franklin patrzył na nich i myślał. Zastanawiał się nad ich i swoim losem. Jak mógł do tego dopuścić? Tylko cud mógłby sprawić, że wyjdą z tego cało. Nagle pomyślał o swojej żonie. Nie było to udane małżeństwo, wszak obecna żona nie była jego wybranką. Myśl o Lady Jane przyszła nagle i niechciana, jak zawsze.
Franklin zamknął oczy. Za powiekami zobaczył nie twarz żony, lecz twarz innej kobiety - tej, której imię od lat starał się nie wymawiać nawet w myślach. Ciemne włosy. Śmiech, którego Jane nigdy nie miała. Zapach lawendy i morskiej soli, który pamiętał lepiej niż cokolwiek innego z tamtych lat. Poślubił Jane Griffith dwa lata po tym, jak tamta zmarła. Ojciec Jane był bogatym kupcem z wpływami w Admiralicji. Franklin wiedział o tym, gdy składał wizytę. Wiedział o tym, gdy wygłaszał słowa przysięgi. Jane też wiedziała - była inteligentną kobietą i złudzeń nie żywiła. Zawarli coś w rodzaju umowy, której żadne z nich nie nazwało głośno umową. Ona dawała mu pieniądze i plecy u właściwych ludzi. On dawał jej nazwisko i nieobecność, bo większość czasu i tak spędzał na morzu. Przez pierwsze lata wydawało mu się, że to wystarczy. Z zewnątrz dobiegło warknięcie psa, potem uderzenie - ktoś kopnął zwierzę - i znowu cisza.
Franklin otworzył oczy. Sufit nad nim tonął w ciemności. Gdzieś między belkami kołysał się powoli ciemny kształt, który już poprzedniej nocy przykuwał jego wzrok. Nie patrzył na niego teraz. Patrzył w miejsce tuż obok. Jane pisała do niego listy. Długie, staranne listy, pełne zdań, które brzmiały jak z protokołu. Relacjonowała wydatki, wymieniała nazwiska, informowała o stanie zdrowia ciotki, o nowym portalu w kamienicy, o cenach sukna na targu. Nie pytała, czy tęskni. On też nie pytał. Pisał rzadko, krótko, zawsze z przeprosinami za milczenie i obietnicą powrotu, której nigdy nie dotrzymywał z własnej woli - tylko wtedy, gdy Admiralicja nie miała dla niego innego zadania. Franklin z całych sił starał się odtrącić to wspomnienie. Musiał znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Nagle pomyślał o jednym z ludzi wodza. Znał nasz język, a zatem miał już wcześniej kontakt z ludźmi z zewnątrz. Może on stanowi klucz do przekonania tych dzikusów? - pomyślał.

Wielkia izba o poranku była zupełnie innym miejscem niż poprzedniego wieczoru. Bez ognia i uczty miała w sobie coś z opuszczonej kości - wielką, pustą i śmierdzącą. Popioły w palenisku były zimne. Psy leżały przy ścianach w nieruchomych kłębach, tylko oczy podążały za wchodzącymi. Småkungar siedział na swoim miejscu i jadł. Nie podniósł głowy gdy weszli. Przed nim stał drewniany talerz z czymś ciemnym i tłustym, do którego wódz odrywał kawałki rękoma i wkładał do ust bez pośpiechu. Tłuszcz błyszczał mu na palcach i na brodzie. Dopiero gdy skończył, odchylił się i spojrzał na jeńców. Tłumacz przemówił zanim Franklin zdążył otworzyć usta - szybko, gardłowo, z tym samym monotonnym rytmem co poprzednio. Wódz słuchał nie przerywając. Przy ostatnim słowie uniósł brew.
Odezwał się krótko.
- Pyta co macie - powiedział tłumacz. - Skoro chcecie handlować.
Franklin spodziewał się tego pytania. Przez całą drogę tutaj, przez każdy krok w asyście wojowników z oszczepami, układał odpowiedź.
- Żelazo - powiedział spokojnie. - Narzędzia, tkaniny, których tutaj nie zrobicie, proch. - Zrobił pauzę. - I broń lepszą niż ta, którą mają wasi wojownicy.
Tłumacz przekładał słowo po słowie. Wódz słuchał z twarzą nieprzeniknioną jak kamień. Gdy tłumacz skończył, przez chwilę panowała cisza. Jeden z psów wstał, obszedł palenisko i położył się z powrotem.
Småkungar odparł coś krótko.
- Mówi, że zabraliście wam broń gdy was pojmano - przetłumaczył mężczyzna, a w jego głosie Franklin usłyszał coś, co mogło być robawieniem. - Nie wyglądacie jak bogaci kupcy.
- Bo nie jesteśmy kupcami - odpowiedział Franklin. - Jesteśmy odkrywcami. Mamy za sobą miasta i statki i ludzi, którzy mogą tu dotrzeć z tym wszystkim. Ale najpierw musieliśmy znaleźć drogę.
Tłumacz mówił. Wódz słuchał.
Tym razem odpowiedź była dłuższa. Tłumacz przez chwilę milczał po jej zakończeniu, jakby dobierał słowa.
- Mówi, że ostatni obcy którzy tu przyszli też mówili o statkach i miastach - powiedział w końcu. - Potem skończyło się na nich.
- Tamci przyszli sami - odparł Franklin. - My jesteśmy tylko pierwsi.
Gdy tłumacz to przełożył, wódz po raz pierwszy naprawdę się zatrzymał. Odłożył na bok kość którą obracał w palcach. Spojrzał na Franklina inaczej niż dotychczas - nie z pogardą ani z ciekawością, lecz z czymś, co przypominało ocenę.
Odezwał się powoli, ważąc każde słowo.
- Mówi - zaczął tłumacz, po czym urwał na chwilę - że pierwsi zwykle nie wracają.
- Wracają - powiedział Franklin - jeśli mają coś do powiedzenia.
Zapadła cisza. Dłuższa niż poprzednie. Gdzieś wysoko w belkach jeden z kruków przestąpił z nogi na nogę i skrzydłami musnął drewno.
Tłumacz patrzył na Franklina przez chwilę, po czym powiedział coś czego nie tłumaczył - zwrócił się bezpośrednio do wodza, cicho, niemal szeptem. Wódz nie patrzył na niego. Patrzył na Franklina.
Potem powiedział jedno słowo.
- Co? - zapytał cicho Fitjames.
Tłumacz odwrócił się ku nim. Jego twarz nie zdradzała nic.
- Mówi że możecie odejść - powiedział. - Ale jeden zostaje.
Franklin nie zmrużył oka.
- Który?
Tłumacz wskazał bez wahania na Fitjamesa.
Artur Kardacz von Hohenburg
Pierwszy Lord Admiralicji LMiK
ODPOWIEDZ

Wróć do „Aryun”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości