Strona 1 z 1

Góry Irkunu

: 19 kwie 2026, 13:04
autor: Stuart Strange
https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/a ... =4988.html
Kontynuacja


Noc w osadzie ciążyła nad nimi jak mokra, ciężka płachta.
Wnętrze chaty było duszne. Powietrze przesycone zapachem dymu, potu i wilgotnego drewna zdawało się przyklejać do płuc. Franklin siedział oparty o ścianę, z rękami skrępowanymi grubym rzemieniem. Sznury wbijały się w nadgarstki przy każdym, nawet najdrobniejszym ruchu. Po raz pierwszy od wielu dni jego myśli nie biegły ku mapom ani trasom marszu. Nie analizował już przejść przez góry ani możliwości obejścia bagien. Wszystko to nagle straciło znaczenie. Z zewnątrz dochodziły odgłosy uczty - ciężkie kroki, trzask rozbijanych naczyń, gardłowe śmiechy. Co jakiś czas ktoś krzyczał coś niezrozumiałego, a reszta odpowiadała gromkim rykiem. W tle pobrzmiewał rytmiczny stuk - jakby ktoś uderzał kością o drewno.
- To nasz koniec… - wyszeptał Hose.
Jego głos był ledwie słyszalny, jakby bał się, że same ściany mogą go zdradzić. Stary nawigator siedział skulony, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Drżał - czy to z zimna, czy ze strachu, trudno było powiedzieć. Fitjames stał przy jedynym niewielkim oknie, przez które wpadał cienki pas bladoniebieskiego światła księżyca. Próbował wyglądać na zewnątrz, choć widział niewiele - fragment palisady i przemykające cienie.
- Nie - odpowiedział w końcu cicho, ale stanowczo. - Dopóki żyjemy, mamy opcje.
Franklin podniósł głowę. Przez moment milczał, jakby ważył każde słowo. Jego twarz była nieruchoma, ale oczy… oczy zdradzały wszystko. Nie było w nich już gniewu ani frustracji. Było coś zimniejszego. Bardziej niebezpiecznego.
- Oni nie wiedzą, kim jesteśmy - powiedział powoli. -I to jest nasza jedyna przewaga.
Fitjames odwrócił się w jego stronę.
- Chcesz dalej grać w tę grę?
- To nie gra - odparł Franklin. - To jedyna rzecz, która nas jeszcze trzyma przy życiu.
Na zewnątrz rozległ się nagły huk - ktoś przewrócił coś ciężkiego. Zaraz potem wybuchł śmiech, jeszcze głośniejszy niż wcześniej.
Franklin kontynuował ciszej:
- Dla nich jesteśmy obcy. Może kupcy. Może szpiedzy. Może coś więcej. Dopóki nie są pewni… nie zabiją nas od razu.
- A potem? - zapytał Hose, podnosząc głowę.
Franklin spojrzał na niego chłodno.
- Potem znajdziemy sposób, żeby nie dać im tej pewności.
Zapadła cisza. Fitjames zmrużył oczy.
- Blef.
- Strategia - poprawił Franklin.
- Z ludźmi, którzy właśnie wybili połowę naszej załogi?
Franklin lekko się uśmiechnął. Ten uśmiech był krótki i pozbawiony ciepła.
- Każdy człowiek czegoś chce, kapitanie. Nawet taki, który chodzi w wilczej skórze i żre surowe mięso.
- A jeśli chcą tylko naszej krwi?
- Wtedy - Franklin przechylił głowę - damy im powód, żeby chcieli czegoś więcej.