Piotr de Zaym pisze: 21 lip 2025, 14:23
Ale mikronacji mniejszych nie stać na "własne przedszkole". A kto ze mną stworzy wspólne "przedszkole"?...
Myślę, że chociażby w Bastionie znaleźliby się chętni, w innych małych mikronacjach pewnie też. Małe, narracyjne projekty, które nie mają możliwości rozwinięcia szerszej działalności to dzisiaj nie rzadkość. Wręcz przeciwnie, coraz większy procent mikronautów tworzy własne kraje, gdzie samemu sobie jest się sterem, żeglarzem i okrętem.
Myślę, że Bastion dość dobrze nadawałby się na taki "inkubator mikronacyjności". Każdy może przyjść, stworzyć swoje państwo i spróbować jak mu wyjdzie - bez inwestowania czasu i środków w stawianie swoich stron i forów.
Tylko właśnie, atrakcyjność. Obecnie mikronacje mają już niższy próg wejścia niż wcześniej. Można przyjść na forum Bastionu, Orbity lub FN i stworzyć swoje państwo od ręki. Jak ktoś chce swoje forum, to też ktoś może pomóc (wiem, że Helwetyk i Orjon pomagali w tworzeniu forów tym, którzy dotychczas siedzieli na niestabilnych darmowych hostingach). Z marszu można znaleźć się na mapie i nawiązać stosunki dyplomatyczne (chyba już nikt nie ma wyśrubowanych kryteriów). Oczywiście można też dołączyć do istniejących państw, które są w takiej sytuacji demograficzno-aktywnościowej, że każdego przyjmą z pocałowaniem w rękę.
Ale co dalej?
Doświadczony i zmotywowany mikronauta znajdzie sobie zajęcie. A to rozwinie narrację w interesującym go temacie, a to wyda gazetkę lub rozkręci dyskusję. Jednak to jest możliwe dopiero po złapaniu bakcyla i zagłębieniu się w świat mikronacji. I nie ukrywajmy, w dużym stopniu trzyma nas w mikroświecie sentyment. Widzimy w mikronacjach coś więcej niż fora i strony. Nowy mikronauta widzi nas od zewnątrz, bez tego całego bagażu emocji, wspomnień i doświadczeń.
Nie ma wątpliwości, że najłatwiej wkręcić się w Sarmację. Najwięcej ludzi i aktywności, najlepiej rozbudowany systemy, ale też coś więcej - możliwość awansu. I tego symbolicznego (tytuły szlacheckie), i tego faktycznego. Po wykazaniu się i wypromowaniu można zostać posłem - wymaga to
wygrania wyborów. I wtedy pojawia się gra polityczna, można zostać ministrem, a po pewnym czasie, gdy zdobędziemy zaufanie, nawet kanclerzem. Wtedy często przychodzi frustracja, że ten kanclerz za dużo nie możemy zrobić, ale jednak zaszedł już istotny proces - poznaliśmy dobrze współobywateli i wiemy, co można praktycznie robić w mikroświecie (musieliśmy się dowiedzieć, bo chcieliśmy się wykazać, żeby wygrać wybory). Jest duża szansa, że te kontakty i znajomości zatrzymają człowieka w mikroświecie na dłużej, nawet jeśli polityką już się trochę znudzi.
Mniejsze państwa mają dużo trudniej, bo niewiele jest u nas do wygrania, niezbyt jest z kim się integrować i przed kim wykazywać. Mamy większą swobodę kreowania rzeczywistości, ale niestety często jest to tylko nasza własna rzeczywistość. A nowy mikronauta szuka przede wszystkim
zabawy towarzyskiej. Może znaleźć ją w Sarmacji (mimo "betonu" zniechęcającego bardziej ambitne i indywidualistyczne persony), może znaleźć ją w discordnacjach (ale tam z kolei chyba są problemy z trwałością i wszystko jest bardzo "ulotne"), ale czy może znaleźć ją u nas?
Proszę nie odbierać tego jako krytyki kogokolwiek (bo musiałbym zacząć od samego siebie), ale mikronauci trochę stosują autosabotaż i są zalęknieni. Ma to racjonalne podstawy, wynikające z naszego wieloletniego doświadczenia. Demokracja przerodziła się w ochlokrację i zepsuła nam zabawę? Odrzucamy demokrację. OPM nie działało w pełni tak jak powinno? Nie będziemy tworzyć organizacji międzynarodowych, nawet w wersji minimalistycznej. Unie międzynarodowe zakończyły się wielkimi awanturami? Nie będziemy więcej próbować integracji.
Niby to wszystko prawda. Demos podejmuje nierzadko głupie decyzje, władze różnych organizacji nie zawsze działają jak powinny, integracja wiąże się z ryzykiem inby, trolle potrafią skutecznie obrzydzić zabawę... Ale bez prób robienia czegoś wspólnie, zamykamy się w kokonie i ograniczamy swoje istnienie do formy przetrwalnikowej. Jesteśmy wolni od kaprysów demosu, nadużywania kompetencji zwierzchników, konfliktów i chamstwa trollów. Ale za tę wolność płacimy samotnością i brakiem emocji. Pana Prefekta po 25 latach działalności ta cena nie przeraża, bo sentyment jest silny. U mnie po 15 latach podobnie. Ale czy kogoś nowego zachęcimy do takiej formy funkcjonowania?
Nie musimy odżegnywać się tak stanowczo od wizji powołania organizacji międzynarodowej. Nie musimy zapewniać, że nawet jeśli organizacja powstanie, to nie będzie tam żadnego wybieralnego sekretarza generalnego. Nie musimy się asekurować. Zamiast tego możemy na serio zastanowić się, czy istnieje jakaś formuła działania, która dla nas będzie w porządku, a jednocześnie będzie w stanie wciągnąć kogoś nowego do zabawy. Musi być co robić, musi być możliwość awansu i muszą być ludzie do wspólnej zabawy. To warunki
sine qua non.