I przyszła mi do głowy pewna idea. A gdyby nie (tylko) mikronauci głosowali? Nie mam konkretnego zarysu, jak to zorganizować, bo dopiero na to wpadłem. Piszę od razu, bo pewnie jutro uznałbym to za głupie i utopijne.
Najistotniejsze powinny być moim zdaniem wciąż głosy mikronautów, ale poza tym fajnie byłoby, gdyby wynik wyborów uwzględniał:
- liczbę członków partii - realnie im więcej działaczy, tym większa szansa na aktywną kampanię, na to że namówią rodzinę i znajomych, itd.
- aktywność podczas kampanii wyborczej - nie wiem jeszcze jak to mierzyć. Ręczne liczenie postów byłoby niepraktyczne i promowałoby spam. Chociaż z drugiej strony, liczba postów w wątku kampanijnym mogłaby odzwierciedlać zaangażowanie polityków i zainteresowanie ludzi - ale trzeba by było przyjąć zasadę, że nie można pisać postu pod postem częściej niż co dobę.
- aktywność podczas poprzedniej kadencji - ale znowuż, jak to liczyć? Ilość zgłoszonych projektów promowałaby sraczkę legislacyjną. Może ilość przyjętych projektów? Ale wtedy z kolei rządzący mieliby przewagę.
Uważam też, że liczba mandatów nie powinna odpowiadać liczbie mikronautów je sprawujących. Na przykład łączna liczba mandatów wynosiłaby 300. Partia A zdobyłaby 150 mandatów i każdy z trzech kandydatów wziąłby 50. To też sprawiłoby, że każdy chętny byłby posłem, ale nie każdy miałby takiej samej siły głosu w parlamencie.
Myślicie, że taka zabawa mogłaby się udać? Chcielibyście wziąć udział w takim projekcie? Macie jakieś pomysły? Zapraszam do dyskusji!
